Obiecałam Wam kolejny odcinek mojej historii z górami, więc jest :) Jakie lekcje wyniosłam przy tej wyprawie w góry? Zaraz się przekonacie. Tak jak w poprzednim wpisie zapraszam Was razem ze mną do tamtego dnia. Każdy szczyt jest inny i ja jestem inna, za każdym razem, gdy go zdobywam i po każdym razie, gdy go zdobędę.

 

 

Styczeń, rok 2018

 

Zakładam stuptuty przy bagażniku samochodu mojego taty. Tata daje mi swoje, bo mój górski ekwipunek jest wciąż ubogi. Drepczemy asfaltem w butach trekkingowych w stronę szlaku. Nasz cel to Tarnica. Idę przez polanę, w której roztopiony śnieg miesza się z błotem. Chlapa straszna, jak dobrze, że tata dał mi te stuptuty, bez nich miałabym już przemoczone buty. Idziemy dalej, w stronę wzniesienia. Uff, im wyżej tym chłodniej i więcej skrzypiącego pod nogami śniegu. Jest wesoło, rześko, tata śmiga szybciej, ale staram mu się dotrzymać kroku. Wkurzam się trochę, bo dostałam wczoraj okresu, więc wchodzę osłabiona i na proszkach przeciwbólowych. No ale nic, dam radę, ciśniemy z tatą. Czuję coraz mocniej chłód, tu wyżej nie jest już rześko, a naprawdę zimno. Robimy przystanki tylko na kilka minut, aby nie wytracać ciepła, a ja patrzę na piękny ośnieżony las i wdycham jego zapach. Doskonała mieszanka zapachów - lasu, śniegu i chłodu. I choć chłód to nie zapach to ten element wdychanego powietrza kocham najbardziej, oddech zimą koi zgrzane, spocone i zmęczone ciało. Zima jest najbardziej łaskawa dla moich płuc i ich zdolności. Gdy ruszamy znów czuję zapadanie się moich nóg w śniegu i to błogie skrzypienie. Mogłabym tak chodzić bez końca. Niespodziewanie jednak kończy się las i kończą się widoki, a zaczyna się mgła i mleko. Widzę napis “uwaga na lawiny”, po za nim już nic. Wytężam wzrok, aby odnaleźć szlak, a za sobą słyszę oddech taty, które idzie teraz z tyłu i pilnuje żebyśmy się za bardzo nie oddalili od siebie. Drepczemy tak wspólnie i nagle wyłania się ośnieżony krzyż. Tak, jesteśmy na szczycie. Tarnica 1346 m npm. Trzęsę się z zimna, więc szybko ustawiam się do zdjęcia, pozycja zwycięzcy, uśmiech, wzruszenie taty, migawka i już biegniemy z powrotem. Nabieram tempa żeby podnieść temperaturę ciała. Tata jak na skrzydłach, dosłownie leci w dół. Nie daję rady już go dogonić. Zwalniam, brak sił jest silniejszy niż chęć podniesienia temperatury ciała. Patrzę na śnieg pod nogami, krok za krokiem. Czuję, że każdy krok to jak cały bieg na 10 km. Widzę czarne plamy przed oczami. Upadam nam śnieg. O fuck… Jestem naprawdę bez sił. Wchodzenie na szczyt z okresem to nie był jednak dobry pomysł. Doczołguję się ze szlaku pod drzewo, aby oprzeć o nie nogi. Leżę z nogami w górze i odpoczywam, utrata przytomności to nie jest komfortowa sytuacja, a tata poza zasięgiem wzroku i głosu. Wyciągam z plecaka kanapki i ciastko czekoladowe od taty. Powoli krew znowu napływa do głowy, i czuję jak nabieram ciepła i koloru na twarzy. Jest coraz zimniej, nie jest dobrze, ale na szczęście czekolada działa jak zastrzyk energii. Powoli wstaję i krok za krokiem ruszam w dół. Nie narzucam już sobie tempa. Jak dojdę, to dojdę. Muszę mierzyć siły na zamiary. Docieram do taty, który nerwowo pali papierosa. Nie widział mnie już zbyt długo na horyzoncie i czekał. Ale jestem, więc śmigamy razem w dół. Już trochę wolniej, z większą ilością przystanków, ale razem i bezpieczni.

 

 

Czego nauczyłam się przy wejściu na Tarnicę?

 

 

Kocham góry (zwłaszcza zimą)

 

To było moje pierwsze wejście zimą w góry. Ten krajobraz, to powietrze, skrzypiący śnieg pod nogami. Pod kurtką ciepło od wysiłku, a na zewnątrz kojący chłód. To przyjemne zmęczenie, ta satysfakcja po zdobyciu szczytu. Różowe policzki, nie wiadomo czy od chłodu na zewnątrz, czy od ognia w środku. Zarumieniona jak zakochana nastolatka i faktycznie zakochana. Znalazłam swoje miejsce na ziemi. Góry, kupiłyście mnie na zawsze <3

 

 

W ekipie trzeba dawać znać, że nie ma się siły i coś jest nie w porządku

 

Nie dałam znać tacie, gdy był jeszcze w moim zasięgu, że gorzej się czuję. To moja chorobliwa niechęć do okazywania słabości. Ja nie ma siły? Ja nie dam rady? Dałam, ale naraziłam się na niebezpieczeństwo, bo zemdlałam. Powinnam była poprosić o pomoc. To nie pierwszy raz, gdy coś takiego zrobiłam. W liceum też byłam w Bieszczadach i pamiętam jak moje siły osłabły, grupa coraz bardziej mnie wyprzedzała, aż straciłam ich z zasięgu wzroku. I po dłuższym czasie, też na mnie czekali i dali mi mały ‘ochrzan’ za to, że nie powiedziałam, że nie mam siły i potrzebuję odpocząć. Wtedy nic złego się nie stało, ale przy wyprawie z tatą, gdy straciłam przytomność mogło stać się coś dużo poważniejszego i teraz wiem, że trzeba dawać znać innym, że coś nie jest w porządku, dla własnego bezpieczeństwa. Wzbudziłam niepokój w tacie, który jak się zorientował, że mnie nie ma to najadł się sporo stresu. Też mógł być trochę uważniejszy, ale to inna sprawa. Nauczka dla nas dwojga. W ekipie trzeba się komunikować, jak się idzie razem, to się idzie razem, z wszystkimi konsekwencjami. Dlatego dobrze jak ekipa jest do siebie dostosowana pod względem możliwości fizycznych i tempa chodzenia, jeśli ktoś odstaje to niestety ktoś z nim czeka. I wtedy jest to nieprzyjemne i męczące dla obu stron.

 

Dziś już wiem, że to nic złego nie mieć siły i lepiej poprosić o pomoc, czy o przerwę niż dopuścić do niebezpiecznej sytuacji, zwłaszcza w górach. I chociaż to wiem, to jednocześnie nie oznacza to, że taka aktywność przychodzi mi z łatwością. Przy kolejnej wyprawie w góry, o której opowiem Wam za tydzień nawiążę do tej lekcji i będę ciekawa Waszych przemyśleń i komentarzy :)

 

 

Czy są tu jacyś miłośnicy gór? Pamiętacie ten moment, w którym zakochaliście się w górach? Podzielcie się ze mną swoim komentarzem :) Ta wyprawa sprawiła, że kilka miesięcy później odważyłam się pójść w Tatry i wejść na Rysy, o czym przeczytacie tutaj.

 

 

 

 

16 maja 2020
Co kryje się za zdobytym szczytem? Część 2

Informacje o nowych wpisach i słowo ode mnie











© 2016-2020 GłupioMĄDRA