Ostatnio pisałam o tym, czego nauczyłam się po wejściu na Tarnicę. Już wiem, że to nic złego nie mieć siły i lepiej poprosić o pomoc, czy o przerwę niż dopuścić do niebezpiecznej sytuacji w górach. I w dzisiejszej opowieści poniekąd kryje się ta lekcja, ale tym razem musiałam pójść o krok dalej, a co mam na myśli przekonacie się już zaraz. Przenoszę Was do tamtej chwili.

 

 

Wrzesień, rok 2019

 

Idziemy. Dzisiejszy cel to schronisko - 3207 m npm, jutro aklimatyzacja, a pojutrze uderzamy na szczyt Jebel Toubkal 4167 m npm. Góry Atlas to całkowicie inne góry niż Tatry, wokół brązowo, mało roślinności i ostre słońce, od którego trzeba się chronić. Na nosie mam mało sexy okulary z filtrem 3 i czapkę z daszkiem, zakupione tuż przed tą wyprawą. Jest ciepło, ale wieje. Powietrze mnie boli, jest suche, więc cyklicznie dopada mnie kaszel i co chwilę wydmuchuję nos, który tylko potwierdza, że bycie chorą utrudni mi tę wędrówkę. Jesteśmy gdzieś na wysokości 3000 m npm. Jest chłodniej, więc ubieram kurtkę, która dobrze chroni od wiatru. Bo najgorszy jest właśnie ten wiatr, jego zimno osłabia moje już i tak słabe oskrzela i bolące gardło. Ekipa nie chce na mnie dłużej czekać, rozumiem ich, spowalniam całą wyprawę. Idę z kocurami, nawet zdrowiej byłoby mi trudno dotrzymać im tempa. Skręcona kostka, uszkodzone kolano przed wyprawą o dziwo mi nie doskwierają, ale uważniej stawiam kroki, co też wpływa na moje tempo. Najgorszy jest jednak ten kaszel i to zimne powietrze. W zasięgu wzroku pojawia się schronisko, nasz cel na dziś. Ekipa puszczona wolno oddala się z każdym mrugnięciem o niesamowitą odległość, jak film puszczony w przyspieszonym tempie. Ja zostaję z przewodnikiem. Teraz idę bardzo wolno i nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Chcę iść, wydaję mi się, że idę, ale przemierzam jakieś śmieszne odległości. Przewodnik pyta się czy jestem pierwszy raz w górach. Pytanie odbieram jako obrazę. Nie, nie jestem pierwszy raz w górach, po prostu jestem chora, dlatego nie daję rady, dlatego opadam z sił. Ta złość, chęć udowodnienia, że dam radę motywują mnie i znajduję resztkę sił by dojść do schroniska. Tam cyk wspólne zdjęcie i ładujemy się do schroniska zjeść przygotowany dla nas lunch. Zdycham, chce mi się wymiotować, głowa boli mnie jakby miała wybuchnąć, wciąż kaszlę i jest mi strasznie zimno. Zjadam lunch i układam się na górnej pryczy w schronisku. Boli, wszystko tak bardzo boli, głowa, skóra, gardło, płuca i jest tak cholernie zimno. Termometr wskazuje tylko 37,8, więc dlaczego tak źle się czuję? Ekipa bawi się w najlepsze, poszli rozpoznać się po okolicy i skosztować zakazanego w schronisku trunku. A ja tu sama leżę, bije się ciągle z myślami, chcę być razem z nimi, ale dosłownie zdycham. Nie, muszę choć trochę odpocząć, jutro wejście na szczyt Toubkal, niech bawią się beze mnie. Ekipa zmieniła plan, nie będzie dnia na aklimatyzację, jutro uderzamy na szczyt. Zmieniamy też pokój na bardziej wygodny, gdzie jest mniej osób. Przerażają mnie obie zmiany, bo nie mam siły się ruszyć. Zwlekam się w końcu przy pomocy znajomych i jestem już w innym pokoju, tym razem na dolnym łóżku, które wygląda jak długi stół zarzucony kocem, gdzie wszyscy leżą obok siebie w swoich śpiworach jak perfekcyjnie ułożone w rząd sushi. Nie ma mowy o wyspaniu się, łeb za bardzo boli, każdy ruch w ciele boli, a dodatkowo reszta krząta się. Ci wstają o 2, inni o 3, a jeszcze inni nie mogą spać, świecą latarkami i czytają książki. Wybija 4-ta, wstajemy, mycie, ogarnianie się, pakowanie plecaków. Śniadanie. O nie… Śniadanie nie wchodzi, w brzuchu rewolucje. Biegiem do toalety. I tak kilka razy. Jak ja mam wejść w takim stanie na szczyt? Nie, dam radę, współorganizowałam ten wyjazd nie po to, by się teraz poddać. Zdycham, ale podejmę się wyzwania. Wychodzimy ze schroniska i jest przenikliwie ciemno. Pomimo złego samopoczucia dostrzegam gwiazdy na niebie, coś niesamowitego na tle tej doskonałej czerni. Ruszamy na szczyt. Jeszcze na chwilę odwracam się w tył, aby popatrzeć na te gwiazdy i wspinam się po głazach na górę. I co? I moja czołówka dupa, a nie czołówka. Pożyczona od brata wędkarza, nie przetestowana w górach w tej przenikliwej ciemności. Nie widzę skał i głazów, wszystko niewyraźne, idę na czuja, za przewodnikiem. Ekipa mówiła, żebym została, ale nie po to tu tyle jechałam żeby się teraz poddać. Chcę chociaż spróbować. Więc próbuje. Wytężanie wzroku i skupienie się na tym, co jest pod nogami odwracają moją uwagę od bólu w ciele. Cisnę pod górę i skupiam się maksymalnie, aby gdzieś nie spaść, nie potknąć się, ale w końcu staję... i mówię dość. Nie dam rady, choćbym nie wiem jak chciała. Rozmawiam z przewodnikiem, że wracam. Ekipa zostaje sama i ma powoli się wspinać, a przewodnik odprowadza mnie do schroniska. Jestem w końcu sama, stoję przed schroniskiem i powstrzymywane łzy leją się po moim policzku. Biegnę na stół z sushi położyć się, nikogo nie ma, wszyscy poszli w góry. A ja szlocham za zamkniętymi drzwiami w ciemności, jestem wściekła na siebie, że jestem chora, że nie zdążyłam wyzdrowieć przed wyjazdem, że dopadła mnie choroba wysokościowa, że moja ekipa wejdzie na szczyt beze mnie, że moje ciało jest przeciwko temu, co chcę, że mnie obezwładniło. Właśnie na nie jestem szczególnie zła. Tyle nadziei i tyle rzeczy przeciw, kontuzje, choroba przed wyjazdem, nie tak miało być. Ciężko przełknąć tę dawkę goryczy. Boli mnie nie tylko ciało, ale i dusza. Naprawdę nie dałam rady. Musiałam odpuścić, musiałam pierwszy raz zawrócić.

 

 

Można zawrócić i dalej żyć

 

Kiedy zawróciłam z drogi na Toubkal i leżałam w schronisku, czułam jakby świat się zawalił, jakby już nic nigdy nie miało mi się udać. Szykowałam się na ten wyjazd, chciałam zdobyć szczyt, ale moje zdrowie było naprzeciw moim planom. Wtedy myślałam, że to początek pasma porażek. Ale nie, to była tylko jedna góra i jedno wejście na szczyt. Życie biegnie dalej i nie był to początek porażek. To jest okej czasem zawrócić, poddać się. Mój tata zawsze mi mówi, że to nie wstyd zawrócić z góry jak czujesz, że coś jest nie tak. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić a jeszcze trudniej zapomnieć o tym, gdy się zrezygnowało, gdy się poddało. Na myśl o tej wyprawie wciąż czuję nieprzyjemne ukłucie w sercu. Decyzja o nie wchodzeniu kosztowała mnie dużo, ale wybrałam zdrowie. Zawróciłam. I co? I życie biegnie dalej i na ten sam szczyt mogę spróbować wejść jeszcze raz, mądrzejsza o doświadczenia, które zdobyłam za pierwszym razem.

 

 

Idę w góry po to, aby się nimi cieszyć, a nie po to by zdobywać szczyty

 

Na Jebel Toubkal weszłam głównie po to by zdobyć szczyt i nie wyszło, dlatego tak to bolało. Przez skupienie na szczycie zmarnowałam swoją szansę na cieszenie się tym, co mnie otacza. To czy dane będzie nam zdobyć szczyt nie zawsze zależy od nas i naszych chęci, ale to czy  będziemy się cieszyć z samej drogi już tak. Warto wybrać tę wersję, a jeśli uda się zdobyć szczyt to być wdzięcznym za tę szansę, ale przede wszystkim cieszyć się z drogi i z gór. No właśnie, góry same w sobie dają szczęście, przynajmniej mi :)

 

To była moja trzecia część historii z górami, którą chciałam się z Wami podzielić i na pewno nie ostatnia, choć na kolejne trzeba będzie trochę poczekać. Wszystkie kolejne dopiero się wydarzą i sama czekam na nie z niecierpliwością, zwłaszcza po tak długim siedzeniu w domu w związku z pandemią.

 

Co myślicie o tej części mojej historii z górami? Zdarzyło Wam się kiedyś zawrócić z drogi na szczyt?

 

 

 

 

23 maja 2020
Co kryje się za zdobytym szczytem? Część 3

Informacje o nowych wpisach i słowo ode mnie











© 2016-2020 GłupioMĄDRA