Gdy patrzę na zdjęcie powyżej, w ułamku sekundy odżywają we mnie emocje, które wtedy czułam. Jak mówi potoczne stwierdzenie “Jedno zdjęcie, 1000 słów”. To powyżej jest ważne i widnieje w tle mojego profilu na facebooku, więc w ten sposób jest w pewnym sensie zawsze ze mną. Dlaczego o nim piszę? Piszę, ponieważ w tej zatrzymanej migawką chwili kryje się ważny kawałek mojej historii z górami. A z tej historii płynie wiele lekcji, którymi chcę się z Tobą podzielić. Lekcje te prowadzą mnie przez życie i pomagają mi w podejmowaniu decyzji, więc chcę je dalej puścić w świat, przekazać je Tobie z nadzieją, że i Ciebie zainspirują do refleksji, a może nawet konkretnych działań.

 

Aby nie zdradzać tego, co zaraz przeczytasz, po prostu przeniosę Cię do tamtej chwili.

 

 

Wrzesień, rok 2018

 

Trzęsę się i zastanawiam: Co mi k..wa przyszło do głowy żeby tu wleźć? Serce mi łomocze, choć oddech toczy się topornie. Godziny wędrówki, wspinania się po łańcuchach i powtarzania sobie na głos: “Jesteś mądra, jesteś dzielna, dasz radę”. Ani jednego spojrzenia w tył, ani jednego spojrzenia w dół. Zdobyłam ten cholerny szczyt. Rysy. 2499 m npm. Jestem tu. Czuję suchość skalnego pyłu na palcach dłoni, pozostałość po panicznym przeszukiwaniu skał w celu odnalezienia szczelin do chwycenia. Nie rozglądam się. Nie oglądam widoków, nie interesują mnie. Nie zwracam uwagi na moich przyjaciół, którzy dotarli tu trochę wcześniej. Możliwe, że potraktują mnie jak idiotkę jak zaraz się rozpłaczę, ale dłużej nie powstrzymam lawiny łez. Wstrzymywałam je ostatnie dwie godziny, bojąc się, że zamglone oczy odbiorą mi kontrolę nad sytuacją i odbiorą resztkę poczucia bezpieczeństwa. Teraz mam wszystko w dupie. Kładę się więc na skałach, na samym szczycie Rys, w miejscu, które wygląda jak korona. Skulam się jak niemowlę w jej środku, przytulona całym ciałem do chłodnego kamienia. Otaczają mnie głazy, a na nich siedzą moi przyjaciele. Szlocham, wzdycham leżąc, a w głowie przemykają mi obrazy. Widzę ponownie przełączkę nad przepaścią, które mam przemierzyć, czuję zimny łańcuch, który wyślizguje mi się z dłoni, widzę ciemne burzowe chmury, które kumulują się nade mną. I po raz kolejny zadaję sobie pytanie: Co mi strzeliło do łba, żeby tu wejść? Czemu nie zawróciłam? Powoli jednak mój oddech i serce nabierają rytmicznego i spokojnego tempa, a ja rozglądam się dookoła. Teraz widzę przyjaciół trochę uważniej. Nikt nie siedzi obok siebie, każdy ma swój mały kanciasty głaz. Ich oczy są zamglone, a usta zamknięte. Nikt nie zareagował na moje łzy. Wymieniamy tylko porozumiewawcze spojrzenia. Faktycznie, tu nie ma czego komentować, na rozmowy przyjdzie jeszcze czas. Co teraz? Weszłam tu i wypadałoby coś z tym zrobić. Z zaskoczeniem spostrzegam, że powietrze jest jak mleko. Nie ma mowy o żadnych widokach. Zaczynam rozumieć, że mój górski trud nie zostanie wynagrodzony. Bez entuzjazmu wstaję i szukam miejsca, które potwierdzi to wątpliwe dla mnie dziś osiągnięcie. Odnajduję słupek graniczny z napisem “Rysy 2499”. Układam się przy nim w pozycji syrenki i tak jak ona nie czuję nóg. Tyle tylko, że ja ze zmęczenia. Proszę kolegę, aby zrobił mi zdjęcie. Na jego przykazanie uśmiecham się, choć z trudnością maluję radosny portret na swojej twarzy. Zdobyłam najwyższy szczyt Korony Gór Polskich, więc i na uśmiech się zdobędę. Tyle jeszcze mogę. Uśmiecham się do zdjęcia, choć wiem, że to nie koniec drogi i z każdego szczytu trzeba jeszcze zejść. I ten uśmiech jest prawdziwy, a jednocześnie wymaga ode mnie tyle wysiłku, ile cała ta wyprawa.

 

 

Nigdy nie wiesz do końca co Cię czeka, ale dopiero kiedy się z tym zmierzysz, dowiesz się na ile Cię stać.

 

Na Rysy weszłam bez przygotowania, bez świadomości co to za góra. Przed tą wyprawą miałam dość małe doświadczenie w górach, a w górach wysokich - żadne. Naszej wyprawie dowodził znajomy, które takie doświadczenie miał, ale to nieistotne, nie byłam gotowa. Nie spodziewałam się, co mnie czeka, jeśli dobrze pamiętam, to nie wiedziałam nawet, że czekają mnie łańcuchy. To była moja pierwsza prawdziwa ekspozycja w górach i nie byłam na nią gotowa. Przerażenie towarzyszyło mi przez połowę drogi. Od pewnego momentu droga do góry, to była walka samej ze sobą. Wielka bitwa, która toczyła się w mojej głowie. W trakcie wspinaczki byłam zaskoczona jak silne są moje ręce, gdy zmagałam się z łańcuchami i skałami, czego nie byłam świadoma wcześniej. Ale przede wszystkim nie byłam świadoma tego, jak potrafię poradzić sobie z lękiem. Z tej wyprawy wyszłam wściekła, ale silniejsza. Zrozumiałam, że stać mnie na więcej niż myślałam. Gdybym tego nie zrobiła, nigdy nie dowiedziałabym się tych rzeczy o sobie. Dlatego jeśli boisz się, że nie dasz rady z czymś, po prostu działaj i sprawdź to. Tylko działanie udzieli Ci odpowiedzi na Twoje wątpliwości. Nawet jeśli się nie wahasz z jakąś decyzją, po prostu działaj, nie prokrastynuj, jak ja przez wiele lat, rób cokolwiek, bo dzięki działaniu lepiej poznasz siebie. Często stać nas na więcej, niż nam się wydaje, ale nic nie robiąc nawet nie mamy szansy się o tym przekonać.

 

 

Nie chodzi się w góry bez przygotowania (a przynajmniej ja nie chcę)

 

Każdy medal ma 2 strony. Z jednej strony już wiem, że mogę osiągać dużo, nawet jak nie jestem gotowa, z drugiej wiem też, że chce być przygotowana na takim poziomie, który daje mi poczucie bezpieczeństwa i buduje komfort emocjonalny. Za całą wyprawę na Rysy i z powrotem zapłaciłam wysoką cenę. Po pierwsze cenę tytanicznego wysiłku, na który nie byłam fizycznie gotowa - skończyłam z zapaleniem pochewki ścięgna Achillesa, które goiło się kilka miesięcy. Po drugie, zapłaciłam wysoki koszt emocjonalny w postaci strachu, lęku o swoje życie, graniczący z traumą. Powinnam wcześniej pójść w góry z nieco mniejszą ekspozycją i powoli się do niej przyzwyczajać. Teraz wiem też, że warto poczytać o górze, na którą się zmierza i przygotować się do wejścia zarówno psychicznie, jak i fizycznie. To dla własnego bezpieczeństwa.

 

W dużej mierze uważam, że moje wejście na Rysy było nieodpowiedzialne, szczególnie przy zmieniającej mi się nad głową pogodzie. Udało się, ulewa ruszyła dopiero przy zejściu, tuż przy Czarnym Stawie. Nie chcę nawet myśleć, co by się działo gdyby to urwanie chmury dotknęło nas na szczycie. Nie da się przygotować na 100% do wszystkiego, bo życie, a zwłaszcza natura jest nieprzewidywalna i szykuje nam niespodzianki, z którymi trzeba będzie się zmierzyć. Ale za bycie nieprzygotowanym można zapłacić za dużą cenę, taką na jaką ja nie chcę się pisać w przyszłości.

 

 

Niesiona między innymi tymi lekcjami w marcu 2019 roku przebiegłam półmaraton, na który byłam przygotowana na poziomie, który był dla mnie komfortowy, a z drugiej strony okiełznałam lęk przed działaniem i po prostu wzięłam w nim udział. I co się okazało? :) Dałam radę, spełniłam swoje marzenie.

Więcej o półmaratonie we wpisie.

 

Tak jak zaznaczyłam na wstępie, dzisiejszy kawałek historii z górami, którą opisuję to tylko jej fragment. Postanowiłam podzielić ją na kawałki, ponieważ każde zdobycie szczytu jest inne i zasługuje na to, aby opisać je z należytą uwagą:) Na kolejny odcinek mojej historii z górami zapraszam Was za tydzień, w kolejnym wpisie :)

 

 

Tymczasem dajcie mi znać, czy coś z tej historii dotknęło Was wewnętrznie. Może macie podobne przemyślenia i doświadczenia? Jestem mega ciekawa Waszych przemyśleń :)

 

 

 

 

09 maja 2020
Co kryje się za zdobytym szczytem? Część I

Informacje o nowych wpisach i słowo ode mnie











© 2016-2020 GłupioMĄDRA