Dzisiaj moim wpisem kieruje drobne rozczarowanie ostatnich kilku dni. A także poczucie odpowiedzialności za to, co robimy, bądź promujemy. Na początku opowiem Wam trochę mojej historii. A na koniec wspólnie zastanowimy się jak wybrać specjalistę w obszarze, w którym sami nie posiadamy kompetencji. Bardzo chętnie dowiem się o Waszych metodach.

 

Od kilku lat, a w zasadzie od dziecka, borykam się z problemami układu pokarmowego. Zespół Jelita Drażliwego, problemy z żołądkiem i dwunastnicą. A oprócz tego refluks.

 

Rzadko jest tak, że doskwiera mi wszystko naraz. Natomiast od 4-ech lat ciągle towarzyszy mi ból. Mniejszy bądź większy. Mam już opracowaną dietę i higienę jedzenia, które pozwalają mi utrzymywać się w dobrej kondycji. Po latach wypracowałam swój optymalny ‘rozkład jazdy’.

 

Borykanie się z problemami układu pokarmowego sprawia, że czasem wpływa to negatywnie na moją psychikę. Nie zawsze mogę się cieszyć wspólnym ucztowaniem ze znajomymi, bo albo czegoś nie mogę jeść, albo nie mogę jeść zbyt szybko bądź zbyt często. Temperatura jedzenia też ma znaczenie. Dobre samopoczucie fizyczne wymaga ode mnie dużej dyscypliny. Czasem nie chce mi się o to zadbać, bo jestem zmęczona. Ale wiem też, że jak odpuszczę, będę tego żałować i cierpieć, więc ta tzw. “chwila przyjemności” po prostu nie jest tego warta.

 

Generalnie trochę się już przyzwyczaiłam i pilnuję się. Natomiast 2 miesiące temu uznałam, że jednak chcę to naprawdę zmienić. Zrobię wszystko co w mojej mocy żeby prowadzić życie wolne od bólu.

 

W związku z czym zaczęłam wypróbowywać różne metody i terapie. Testowałam kolejne diety, mikstury i substancje.

 

Kilka tygodni temu zrobiłam test na zakwaszenie żołądka i okazało się, że wytwarzam za mało kwasu. Nagle została rozszyfrowana niewyjaśniona anemia. Pomimo zbilansowanej diety i suplementowania się miałam niedobory. A to po prostu mój układ trawienny nie dawał rady i nie przyswajał wartości odżywczych. Znalazło się pole do pracy, jakiś punkt zaczepienia.

 

Od tego momentu szukałam rozwiązań i wsparcia.

 

Nie jestem lekarzem, czy specjalistą od odżywiania, dlatego poszłam do terapeutki, która miała mnie wesprzeć w procesie wyzdrowienia. 2 podstawowe rady jakie uzyskałam, to nawodnić się i zakwasić żołądek. Natomiast w odpowiedzi na to jak mam to zrobić, odesłano mnie do treści promowanych przez Pana Ziębę.

 

Zapoznałam się z nimi. Część podanych informacji wydawała się logiczna, natomiast nie podobała mi się ilość stosowanych ogólników i brak odwoływania się do sensownych liczb/statystyk. A przede wszystkim nie podobała mi się postawa własnej nieomylności. Te subiektywne wrażenia opieram wyłącznie na 3 filmach obejrzanych na YT. Natomiast więcej filmów czy treści tego Pana nie obejrzę. Każdy ma swój rozum i jeśli komuś jego rady pomagają, niech je stosuje.

 

Mnie wykorzystanie pomysłów tego terapeuty (fakt, że bezmyślne, bo zastosowane co do joty) doprowadziło do poważnych komplikacji zdrowotnych.

 

I czy to była jego pewność siebie, czy jednak to, że został mi polecony przez terapeutkę, do której miałam zaufanie, czy może moja desperacja, bo tak bardzo chciałam znaleźć sposób na rozwiązanie swoich problemów - straciłam gdzieś zdrowy rozsądek i poszłam w ciemno. Jak mi polecano tak zastosowałam. A jak się na coś zdecyduję, to się do tego przykładam.

 

Nie będę tu wchodzić w szczegóły co i jak działo się po kolei. Jednym z efektów był ból jelit i straszne osłabienie, które na tydzień przykuło mnie do łóżka. Czułam się jakby 10-ciu chłopa rzuciło mnie na ziemię i kopało po brzuchu bez ustanku. 3 tygodnie zajęło mi wyprowadzenie się do znośnego stanu.

 

I od tego zdarzenia zaczęła się moja refleksja. Jak wybrać specjalistę do rozwiązania Twojego problemu? Komu wierzyć? Komu zaufać?

 

Po tym zajściu, zaczęłam kwestionować więcej niż wcześniej. Zrozumiałam jeszcze dobitniej jaka odpowiedzialność ciąży na ludziach, którzy w jakimś obszarze edukują bądź promują pewne praktyki. Jest to szczególnie ważne w obszarze zdrowia fizycznego i psychicznego, bo ktoś stosując nasze rady może najzwyczajniej w świecie umrzeć, albo doznać poważnego uszczerbku na zdrowiu.

 

I z jednej strony, jasne, promujemy to, w co wierzymy, ale jednak warto dopuszczać, że w 1 przypadku na 100 nasze rozwiązanie może nie zadziałać. Pokora wobec tego jak różnorodny jest świat, jak ludzie są różnorodni powinna nam dawać margines wątpliwości wobec tego, co promujemy i polecamy.

 

To mi pozwoliło też bardziej refleksyjnie spojrzeć na mojego bloga. Korzystając z okazji i mając nadzieję, że jest to tutaj widoczne, a jak nie, to przepraszam, chcę podkreślić, że promuję tu postawy i rozwiązania, które zadziałały u mnie. Mam pewne przekonania, o których mówię i które mi pomagają w życiu, dlatego się nimi dzielę. Czasem rzeczywiście coś wydaje mi się takie pewne i do zastosowania dla wszystkich, zwłaszcza gdy obserwuję pozytywne zmiany u innych ludzi. Niemniej opisywane dziś doświadczenie pokazało mi, że nawet woda może zaszkodzić. W związku z tym istnieje pewne prawdopodobieństwo, że to co promuję, nie będzie rozwiązaniem dla wszystkich.

 

Oczywiście nie wszyscy czytają mojego bloga. Moimi czytelnikami są i będą osoby, które choć trochę współdzielą moje przemyślenia. Niemniej na pewno dostałam lekcję pokory względem tego, o czym piszę.

 

Po tym moim zdrowotnym zajściu obsesyjnie zaczęłam czytać i szukać informacji na temat odżywiania się i nawadniania. I do każdego podejścia znalazłam kontrpodejście. Serio, do każdego, które wymyśliłam w danym momencie.

 

Są dietetycy postulujący za nawadnianiem ok. 2l wody dziennie, są dietetycy mówiący, że to głupota i organizm nie potrzebuję wody w postaci wody i takim nawadnianiem robimy sobie krzywdę. Znalazłam specjalistów promujących ocet jabłkowy do zakwaszania żołądka i znalazłam specjalistów głoszących, że ocet jabłkowy jest szkodliwy. Są tacy, którzy mówią, że picie ciepłej wody pomaga, a i tacy, którzy powołują się na jakieś badania, że ciepła woda powoduje raka gardła.

 

Które podejście wybrać? Obie strony powołują się na badania, procesy, autorytety. Które są ważniejsze? Ile źródeł mamy przeczytać, sprawdzić żeby dojść do ‘prawdy’? Co nią jest?

 

Temat odpowiedzialności przekazywanej i polecanej treści za pomocą mediów, był poruszony również na spotkaniu dla blogerów, na którym byłam pt. “Środa dzień bloga”. Na spotkaniu podano wiele przykładów fałszywej treści, którą niejednokrotnie przyjmujemy, a potem powielamy, udostępniamy na FB, itd.

 

Wniosek był taki, żeby naprawdę kilka razy się zastanowić zanim coś powielimy, udostępnimy. Aby sprawdzić czy przekazywany ‘news’ jest prawdziwy, a przedstawiane wnioski poparte są jakimikolwiek danymi, badaniami czy są tylko wydumaniem autora i jego wewnętrzną fantazją.

 

Niech będzie, że sprawdzimy źródła. I jak daleko mamy się cofnąć? Jeśli powołano się na jakieś badania, to jeśli są wykonywane przez instytucje, których nie znamy, to skąd mamy wiedzieć czy są wiarygodne? Na ten moment jestem w stanie wymienić tylko kilka, które byłyby dla mnie wiarygodne, a co z resztą? Co jeśli to nie jest dziedzina, na której się znam? Nie będę przecież znać autorytetów w tym obszarze.

 

Dla mnie jest to błędne koło, które mnie męczy. I wydaje mi się, że na końcu i tak wygrywa osoba, która przedstawia daną treść. Jeśli ktoś z jakiegoś powodu zdobył nasze zaufanie i jest dla nas ekspertem w danej dziedzinie, to wtedy się na niego powołujemy. I ufamy, że to co przedstawia jest wiarygodne.

 

Ostatnio omówiłam ten temat ze znajomymi, bo naprawdę myślałam, że zgłupieję. Potrzebuję pomocy, nie znam się na czymś, więc szukam człowieka, który mi w tym pomoże. Pewne jest, że nie będę robić specjalizacji z dietetyki.

 

Otrzymałam odpowiedź, że w danej dziedzinie muszę wybrać 2, 3 autorytety i na nich się opierać. Inaczej zwariuję szukając i weryfikując wszystkich po 100 razy. Wybrać takich, którzy brzmią dla mnie sensownie, a więc odpowiadają jakimś moim przekonaniom. Wtedy prawdopodobnie to zadziała.

 

Fakt, że i tak nie ominie się testowania tej osoby. Tak czy siak trzeba przejść fazę weryfikacji czyichś kompetencji. Jeśli dana osoba przejdzie test pozytywnie, można ją dorzucić do grona swoich autorytetów, doradców.

 

Ja zaufałam czyjemuś poleceniu, nie weryfikując tego podwójnie. Tym razem nie wyszło, ale to nie oznacza, że zawsze tak będzie. Trzeba próbować i szukać, aż się znajdzie.

 

Dlatego też pojawił mi się drugi wniosek. Przecież nikt z nas nie jest nieomylny (a może jest, kto wie;p). Nawet jeśli ktoś nam ufa globalnie, nie oznacza to, że w jakimś szczególe się nie pomylimy.

 

Korzystając z czyichś rad, autorytetów, mimo wszystko nie możemy wyłączać własnej autorefleksji i brać od nich wszystkiego co popadnie i bezmyślnie wdrażać.

 

Jeśli wiemy, że coś u nas NIE działa, bo to sprawdziliśmy kiedyś w inny sposób, albo dobrze siebie znamy, to nie wmuszajmy sobie nic na siłę, tylko dlatego, że namawia nas do tego jakiś autorytet.

 

Jeśli chodzi o szukanie specjalistów na własną rękę, to zdarza mi się prosić o polecenia znajomych, bądź na grupach na FB i to chyba jest mój pierwszy krok w tych poszukiwaniach. Potem sprawdzam tę osobę w praktyce, jak nie zadziała szukam poleceń dalej.

 

A jak Wy to robicie? Jak znajdujecie ekspertów w danej dziedzinie? Jak ich weryfikujecie? Chętnie skorzystam z Waszych rad i podpowiedzi.

 

 

 

 

Koniecznie przeczytaj podobne wpisy:

 

 

 

 

 

uśmiech dziewczyna radość festiwal kolorów
18 grudnia 2018
Jak wybrać dobrego specjalistę?

© 2016-2019 GłupioMĄDRA

Informacje o nowych wpisach i słowo ode mnie