Jak zaakceptować coś czego się nie chciało? Jak wyrazić złość, do której nie dano nam prawa? Jak usłyszeć swój głos wśród tak wielu głosów innych? Kiedy powiedzieć sobie dość?

 

Od 10 miesięcy choruję na przewlekłe infekcje górnych dróg oddechowych: zapalenie migdałków, zatok, nosogardzieli, oskrzeli i tak na przemian. Ani jednego dnia w pełnym zdrowiu, ale szczególnie to ostatnie, a więc oskrzela nie chcą się wyleczyć. Dopiero 4 tygodnie temu trafiłam do pulmonologa. Gdyby nie pandemia i poboczne infekcje może szybciej otrzymałabym diagnozę.

 

W wieku 32 lat zdiagnozowano mi astmę.

 

 

Jak usłyszeć swój głos wśród wielu głosów innych?

 

Jak słyszycie słowo ‘astma’ to co macie w głowie? Ja miałam obrazy duszących się osób na filmach, które akurat nie miały przy sobie inhalatora i były to raczej sceny grozy. I tak najwyraźniej większość z nas postrzega astmę, bo kiedy powiedziałam o tej diagnozie znajomym i rodzinie to ich pierwsza reakcja brzmiała: “nie, Ty nie masz astmy, przecież Ty się nigdy nie dusiłaś” lub “dziwne, niemożliwe, że masz astmę”. Hmmm… co na to może powiedzieć osoba chora? Na pewno to, że nie chciałaby usłyszeć takich zdań na dzień dobry, pomimo, że częściowo rozumiem te reakcje. Sama do końca nie wiedziałam co to astma, ale za to wiedziałam co czuję i że objawy, które posiadam nie są w porządku, a że lekarz nazwał je astmą, cóż... Mi łatwiej zrozumieć istotę tej choroby, bo już z nią żyłam, tylko nie wiedziałam jak ma na imię.

 

“Czym jest nazwa? To, co zwiemy różą, pod inną nazwą równie by pachniało.” W. Shakespeare, Romeo i Julia

 

Czy mniej doskwierałaby choroba gdyby inaczej miała na imię lub imienia nie miała?

 

Ja akurat z tej jednej rzeczy, a więc z diagnozy, czyli nazwania mojej choroby cieszę się. Ktoś ją nazwał, przygotował plan leczenia i dał mi nadzieję na lepsze jutro, na doprowadzenie mnie do stanu kontrolowanego, a po ludzku do stanu używalności. Mam nadzieję… Choć mało wiary we mnie po tylu miesiącach zmagań.

 

Drugim aspektem tego jak ludzie reagują, a więc niezrozumieniem lub zaprzeczeniem, jest to, że “czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”. Żadna z komentujących mój stan osób nie funkcjonuje ze mną codziennie. Widują mnie sporadycznie, raz na parę miesięcy. Dlatego potrzeba trochę większej wyobraźni i empatii, a może zaufania, że ja wiem co mówię, że lekarz też wie…

 

Dlatego też, wśród tych niezgodnych ze mną głosów, szukam tego swojego. Nie jest mi z tym łatwo, ale też już nie mam siły nikomu tego tłumaczyć. Jedyne co mogę zrobić w tej sytuacji, to zaufać sobie.

 

 

Jak zaakceptować coś czego się nie chciało?

 

Astma to moja niby nowa, a jednak stara przyjaciółka. Była ze mną całe życie. Tylko to jest taka przyjaciółka, co może nie odzywać się parę miesięcy, a potem wraca jakby nigdy nic i oczekuje bliższego, bardziej intensywnego kontaktu. Nazywam ją przyjaciółką żeby sama się przekonać do tego, że w jakiś sposób pojawia się dla mojego dobra, że po coś mi jest. Po coś nie mam siły pójść do toalety, bo wydolnościowo nie dam rady, po coś muszę przerwać mówienie, bo nie starcza mi oddechu, po coś muszę kontrolować silne emocje, a szczególnie ekscytację, bo zacznę się przyduszać i będę czuć ucisk w klatce.

 

I o ile kontrolę stresu rozumiem, ale kontrolę radości? Nie śmiać się za dużo? Nie cieszyć się za bardzo? 

 

Astmo, byłaś ze mną cały czas, choć ukrywałaś się pod imionami innych chorób. Teraz jedyne co mam zrobić, to zaakceptować Twoją obecność. I jest to w sumie trochę śmieszne lub nielogiczne, bo choć byłaś ze mną od zawsze, to tak trudno mi Ciebie zaakceptować. Wcześniej myślałam, że mam po prostu ciało o właściwościach słabszych niż inni, że muszę się bardziej starać żeby osiągać to co inni. I osiągałam to, ale jakim kosztem?! Dżizas, dopiero teraz wiem, że życie nie musi być takie ciężkie, że są na to leki...

 

Dziś wiem, że to byłaś Ty. I choć to wciąż znaczy, że to też ja. Bo Ty to ja, a ja to Ty, to jestem zła i trudno mi to zaakceptować, bo niezależnie od tego jak bardzo nie będę się starać Ty nie znikniesz. I muszę się nauczyć z Tobą żyć. Może zaprzyjaźnić. I choć najwyraźniej nie mam wyjścia, to jeszcze nie potrafię.

 

 

Jak wyrazić złość, do której nie dano nam prawa? Kiedy powiedzieć sobie dość?

 

Teraz. 

 

Dziś chcę dać sobie prawo do bycia złą na tę sytuację. Prawo do nie radzenia sobie, do nie posiadania wszystkiego poukładanego w głowie, do braku rozwiązań i wszystkich odpowiedzi. Dziś nie mam na to siły, ale też po prostu nie chcę się wziąć w garść. Brałam się w garść 32 lata swojego życia i już nie mogę. Chcę dać sobie prawo do smutku, do nie stawania na wysokości zadania. Bo może właśnie to, że nie rozczulałam się nad sobą doprowadziło mnie do takiego zaostrzenia astmy, że praktycznie nie mam życia, większość wolnego czasu leżę. Jego jakość spadła masakrycznie w dół.

 

Nie będę udawać, że mam siłę, gdy jej nie mam. Nie będę tłumaczyć tym, co tak naprawdę nie chcą słuchać, jak się czuję lub jak mi jest ciężko. Jak musiałam zrezygnować z wielu marzeń i planów, bo wiem, że fizycznie nie dam rady.

Ale znów, nie będę tego przepracowywać, nie będę się z tym mierzyć, nie będę ćwiczyć żeby stać się lepszym człowiekiem, albo człowiekiem bardziej doskonałym. Na razie będę dużo płakać, użalać się nad swoim losem i spróbować przynajmniej zaakceptować to z czym się mierzę.

 

Jestem smutna i zła i chcę dać sobie wreszcie prawo to wyrazić. I dziś mówię dość, już wystarczy, już nie chcę się tak bardzo starać. 

 

 

 

 

07 lipca 2020
Kiedy powiesz sobie dość?

Informacje o nowych wpisach i słowo ode mnie











© 2016-2020 GłupioMĄDRA