© 2016-2021 GłupioMĄDRA

Nie uczy się nas przyjemności. Przypominam sobie moje dzieciństwo i to jak rysowałam na wszystkim i po wszystkim. Pamiętam jak jedną białą ścianę w swoim pokoju zaczęłam obrysowywać, to były w większości bazgroły, esy-floresy i kreski. Ale któregoś razu narysowałam kiełbaskę. Podchodziłam do niej codziennie i na nią patrzyłam. Pamiętam to uczucie bezkresnej dumy i samozadowolenia. Obstawiam, że miałam wtedy około 5 lat. Rodzice nie zakryli tej ściany, więc przez jakiś czas z bratem mieliśmy wielkie płótno, po którym mogliśmy mazać. 

 

Przez wiele lat wydawało mi się, że z dzieciństwa nie pamiętam nic, ale z jakiegoś powodu wracają do mnie teraz wspomnienia, szczególnie te dotyczące rysowania. Pamiętam wakacje, w których rysowałam kaczora Donalda i Daisy. Non-stop. Do tej pory z zamkniętymi oczami narysuję Donalda. Rysowanie to była “moja rzecz”, która pojawiła się znikąd, a jednak była najmojszą rzeczą na świecie. Rodzina dalsza i bliższa kojarzyły mnie właśnie z rysowania. 

 

Ale wtedy stało się. Ktoś wymyślił, że skoro rysuję to zostanę architektką. Nie chodziłam jeszcze do szkoły, a ktoś ułożył dla mnie plan, wyznaczył mi cel. Gdy miałam pierwszą komunię świętą, a więc w wieku 8 lat, dostałam sztalugę i książkę ze zbiorem najsłynniejszych budowli znanych architektów. Wyznaczony cel dla małej dziewczynki został zaklepany. Wydaje mi się, że to był ten moment, kiedy odebrano mi radość z rysowania. Od teraz miałam robić coś po coś, a nie dla przyjemności. Jakby robienie czegoś bez celu, tylko dla czystej radości nie miało sensu. Dorastając rysowałam coraz mniej, potem tylko z doskoku. W liceum wrócił temat architektury i rodzice zapisali mnie na zajęcia z rysunku. A na tych zajęciach mocno promowana była rywalizacja. Niestety dla mnie. Rysowałam, ale wiecznie z poczuciem, że nie jestem wystarczająco dobra. To zabijało moje rysowanie i mnie od środka. A teraz, gdy to pisze lecą mi łzy, za tą dziewczynką, która miała coś pięknego do podzielenia się ze światem i przestała to robić, bo ktoś ją przymusił do osiągnięcia jakiegoś celu. Nie dostałam się na architekturę. Ale nie dziwię się, poszłam na egzamin z takim zrezygnowaniem i uczuciem porażki, że wiedziałam, że to się nie uda. Rysując podczas egzaminu, czułam, że jestem do niczego i każda kolejna kreska mnie w tym utwierdzała. Poszłam na Politechnikę, ale na inne studia. Po roku studiów jeszcze próbowałam się dostać, i jeszcze ćwiczyłam rysunek, ale już nie pamiętam czy znów podeszłam do egzaminu. Jeśli tak, to znów go nie zdałam. 

 

A potem zamknęłam teczkę i przestałam rysować. Przestałam, bo ktoś powiązał rysowanie z celem a nie z przyjemnością. Przeraża mnie ten aspekt, że gdy wyczujemy w dziecku "talent" to zaraz układamy mu przyszłość. Jeśli dziecko świetnie liczy, to zaraz dostaje łatkę ścisłego umysłu, zaraz kreujemy mu przyszłość inżyniera. A może Twoje dziecko po prostu lubi bawić się liczbami? I koniec kropka. Nic więcej. Moje rysowanie przez 12 lat od porzucenia wracało do mnie sporadycznie. Na komputerze mam folder "obrazki do narysowania" ze zdjęciami z Internetu, które mi się spodobały. W telefonie mam mnóstwo zdjęć, w których uchwyciłam chwilę wartą narysowania. Ale przez te 12 lat zrobiłam tylko jeden rysunek takiego zdjęcia. I moje "coś", z czym się urodziłam nie funkcjonowało w moim życiu przez 12 lat. 

 

Aż rok temu na wyjeździe jogi w ramach zajęć dodatkowych uczestniczyłam w intuicyjnym malowaniu. Wtedy coś zadrżało w moim sercu, coś zaczęło się odradzać z popiołów jak feniks i poczułam znów dziecięcą radość. W tym roku też byłam na intuicyjnym malowaniu, nieco innym, takim uwalniającym emocje. Potem byłam na wydarzeniu - malowanie przy winie i namalowałam obraz. Jako dziecko raczej rysowałam niż malowałam, ale ten obraz był bodźcem, który zaczął mnie odczarowywać z tego przeklętego uroku, że trzeba robić coś po coś. I patrzę na niego teraz. Jest piękny i pełen mocy (fragment obrazu widzicie dziś w zdjęciu przypisanym do tego wpisu). I czuję, że można robić coś wyłącznie dla przyjemności.

 

Niedawno, na grupie w klubie pisarskim wspomniałam o tym, że planuję coś narysować w ramach jednego projektu i że kiedyś rysowałam. Więc dziewczyny zaczęły pytać o rysowanie i prosić mnie żebym wrzuciła zdjęcia rysunków. Wyjęłam więc zakurzoną teczkę a z niej rysunki, porobiłam im zdjęcia i wrzuciłam je na grupę. Zaraz potem dostałam dużo pozytywnych komentarzy, na które zareagowałam racjonalizacją, że moje rysunki to nie talent a rzemiosło. Ale kolejne komentarze dały mi do myślenia. A może to jest jednak talent? A może to jest właśnie ta “moja” rzecz? Może ja naprawdę potrafię to robić? Tylko, że to czy potrafię to robić nie ma znaczenia. Ma znaczenie tylko to, że ja to lubię robić. LUBIĘ ROBIĆ. Zawsze lubiłam. Jeszcze nie mam odwagi wziąć ołówka i kartki na poważnie do ręki, bo trochę mi to straumatyzowano, ale nieśmiało koloruję antystresowe kolorowanki i cieszę się tym jak dziecko. Czasem mam dni, że czekam aż skończy się praca żeby wziąć się za kolorowanie. Kupiłam też farby akrylowe i podobrazia, będę malować obrazy. Nie po coś, a dla przyjemności. Wykorzystam ukochane kolory i zobaczę co z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że serce znów mi żywiej zabije, a jak wróci radość to i odwaga również do ołówka się znajdzie.

 

A z tej historii jaki morał płynie? Taki żebyśmy robili rzeczy dla przyjemności, niech one nie mają sensu, niech one niczemu nie służą, niech nie są częścią niczyich oczekiwań. Jeśli coś, co lubimy zamienimy w tryb osiągnięć możemy stracić całą radość z tego i dziś sobie myślę, że warto mieć choć jedną rzecz, która cieszy, która do niczego nie prowadzi. Ja się uczę tego w czasie swojej dorosłości. A co by było gdyby ktoś mnie nauczył tego jako dziecko? Jak zmieniłby się przez to poziom satysfakcji z własnego życia? Jak byłoby w nim mniej presji a więcej zwykłej radości? Co by było gdybyśmy uczyli nasze dzieci przyjemności?

 

 

 

 

Koniecznie przeczytaj jeszcze:

 

 

 

 

 

uśmiech dziewczyna radość festiwal kolorów
04 października 2021
Nie uczy się nas przyjemności - o pasji zniszczonej i odzyskiwanej

Informacje o nowych wpisach i słowo ode mnie