© 2016-2021 GłupioMĄDRA

Nie raz słyszałam, że słowo “musisz” lub “powinnaś” wystarczy zamienić na “chcę”. Wtedy łatwiej coś osiągnąć. Za “chcę” idzie inny przekaz emocjonalny. Więc jak coś “musisz”, “powinnaś”, wystarczy, że wstawisz w zamian “chcę” i rzeczy niemal same się dzieją. A co jeśli za często stosujesz tę technikę tam gdzie (o zgrozo) nie powinnaś, nie powinieneś? Każde “powinnaś” można zamienić na “chcę”. Można. Ale czy to ma sens? Czy faktycznie każde “powinnaś” trzeba posłusznie wykonywać? Czy jest sens motywować się do czegoś, czego wcale nie chcesz, ale z jakiegoś powodu wydaje Ci się, że powinnaś. Może motywując się na siłę robisz sobie krzywdę?

 

Dla mnie ta technika motywacyjna była wprost zabójcza. Nie wiem jakie są Wasze umiejętności w zmuszaniu się do czegoś, moje były dość wysokie. W większości, gdy podjęłam decyzję o realizacji jakiegoś celu, to go realizowałam. Do tej pory każdym możliwym kosztem (czytaj własnym kosztem).

 

“Nie mam siły dzisiaj już na to” - ale jest plan, jest cel, są obowiązki, więc “powinnam się” za to zabrać. Więc pomimo braku sił działałam. Oczywiście na półgwizdka i raczej mało efektywnie, ale parłam do przodu. Jak mi kiepsko szło to siedziałam jeszcze dłużej, bo przecież zobowiązałam się do czegoś w swojej głowie.

Ale… Jak już naprawdę było źle, może nawet miałam temperaturę to trzeba było czegoś mocniejszego niż zdyscyplinowane “powinnam”. Trzeba było zamienić w głowie “powinnam” na “chcę”, bo zwykłe zmuszanie się przy chorobie nie zadziała, trzeba było zastosować technikę motywacyjną, musiałam przekonać siebie, że to co według jakiegoś planu lub co gorsza oczekiwań innych ludzi “muszę” to tak naprawdę “chcę”. 

 

Świetne narzędzie żeby wprowadzić się do grobu, żeby przekraczać swoje limity. W ostatnich miesiącach roku 2020 mogłam umrzeć 2 razy: przez krwotok wewnętrzny i przez atak astmy (uduszenie). Te dwie rzeczy były zaopiekowane i we właściwym czasie trafiłam do szpitala i trafiłam na dobrych lekarzy, przeszłam operacje i dostałam leki w odpowiednim momencie. Ale przez moją głowę ciągle się przewija, że mogłam nie mieć tyle szczęścia. I ostatnio nie robię nic innego jak analizuję tę sytuację i to co takiego się stało, że znalazłam się w takim miejscu.

 

Długo nie mogłam zrozumieć dlaczego to wszystko się wydarzyło, ponieważ dbam o siebie, w miarę dobrze się odżywiam (nie zawsze idealnie, ale bez przesady), uprawiam sport (jak jestem zdrowa), spędzam czas w naturze. Dbam o zdrowie, walczę o nie na kilku poziomach. Uczęszczam na psychoterapię, stosuje medytację, techniki relaksacyjne. Jak się pojawia jakieś wyzwanie zdrowotne to reaguję. Więc jak mogłam znaleźć się w tym miejscu?

 

Dopiero kiedy faktycznie mnie położyło i nie miałam sił szukać rozwiązań, szukać kolejnych terapii, diet, dopiero w ciszy, w tym zrezygnowaniu, w tej bezsilności dotarło do mnie, co jest nie tak, co jest jednym z powodów, które mnie doprowadziło do kryzysu zdrowotnego i życiowego.

 

To nie tylko za częste zmuszanie się do rzeczy, które powinnam, a wcale ich nie chciałam. To też zamienienie w przykrą powinność rzeczy, które lubię i chcę. Wpadłam w jakąś szaloną pułapkę tego słowa. Nagle wszystko “powinnam”. Joga stała się narzędziem do wyzdrowienia, zamiast być praktyką, którą po prostu lubię, a naprawdę ją lubię. I nagle “trzeba” było uprawiać jogę, bo inaczej będę źle się czuć. Pisać bloga też musiałam, chociaż robię to od lat pro bono, z pasji (chociaż z tej powinności już jakiś czas temu się wyleczyłam, pisałam o tym tutaj).

 

W tym przypadku mój talent dyscyplina stał się moim największym wrogiem. A seryjnym mordercą stało się “powinnaś”. Już od jakiegoś czasu na nowo odkrywam rzeczy, które lubię i nie zmuszam się do nich jak np. pisanie czy czytanie. Ale tych rzeczy, które “muszę” i “powinnam” było tak dużo, że 2 czy nawet więcej, które lubię to trochę za mało by zniwelować to całe napięcie, które mam w sobie, by zniwelować to jak byłam dla siebie surowa, wymagająca i zmuszałam się do wszystkiego. Zamiast odpocząć, zamiast wyluzować, zamiast robić coś dla czystej przyjemności w większej ilości znalazłam się w miejscu, w którym ciągle walczyłam ze sobą, ciągle zmuszałam się do czegoś i krzywdziłam się.

 

A kiedy potrafiłam obronić się przed seryjnym mordercą “powinnaś” to pojawiało się narzędzie motywacyjne, i zamieniałam “powinnaś” na “chcę”. I nie było ucieczki. Jedyną ucieczką w zaprzestaniu zmuszania się do wielu rzeczy, krzywdzenia się, przekraczania swoich granic była choroba. A to jest dalekie od przyjemności, bo choroba to cierpienie.

 

Bo nieważne, że padałam ze zmęczenia. Jak miałam stan zapalny ścięgien prawej dłoni, z przepracowania, to nauczyłam się wiele rzeczy robić lewą ręka (niektórych może musiałam, ale na pewno nie wszystkich). Proste co? Po co odpoczywać? Po co dać sobie czas na regenerację, przecież tyle rzeczy “muszę” zrobić. Znalazłam nawet narzędzia, które zamieniają audio na tekst, więc pisałam mówiąc, a potem korygowałam teksty lewą ręką. Moje ciało od ostatnich 2 lat ciągle krzyczało, a ja go nie słyszałam (tak na poważnie nie słyszałam, bo leczę się od dwóch lat, ale najwyraźniej leczę się nie tak jak potrzebuję). I nie słyszałam ciała, bo zagłuszało mi je w głowie to przeklęte “powinnaś”. I dlatego nie mogę powiedzieć, że nie wiem jak znalazłam się w tym miejscu, z chorobą z której wychodzenie zajmie mi miesiące. O biedny, okropny los mnie tu doprowadził. Nie, nie nad wszystkim mam kontrolę to fakt, ale biorę część odpowiedzialności za to gdzie jestem, bo nie byłam dla siebie dobra, nie traktowałam się z miłością, czułością i wyrozumiałością. Traktowałam się tylko i wyłącznie wymaganiami.

 

Kiedyś często powtarzałam zdanie: Wyśpię się po śmierci. To zdanie i to, że tak mówiłam bardzo mnie teraz boli w środku. Wyciska łzy z moich oczu.

 

Nie wiem wszystkiego, to co przeżyłam jest dla mnie traumatyczne i będę te wydarzenia przeżywać długi czas i długi czas dochodzić do zdrowia. I fizycznie i psychicznie. Ale pierwszy raz w życiu tak prawdziwie na to sobie pozwalam. Jak źle się czuję to kładę się i odpoczywam i nie katuję się już myślami, że powinnam robić coś innego, a przynajmniej staram się, bo nie jest tak łatwo zmienić nawyki. Kończę z erą “powinnam”, a zaczynam prawdziwą erę “chcę”. A jak mi się nie chce? To znaczy, że mi się nie chce. I ma prawo mi się nie chcieć. Mam prawo odpocząć, mam prawo nie osiągać wszystkich szczytów, mam prawo nie spełniać oczekiwań innych ludzi. Mam prawo być sobą (zdrową, chorą, zmęczoną, silną, słabą, każdą jaką jestem). Nic nie muszę.

 

Za długo, za często zmuszałam się do wielu rzeczy. I byłam skuteczna, ale czy rzeczywiście szczęśliwa? 

 

Powiedz mi, jak to jest u Ciebie? Czy Twoją głowę też opanowało słowo “powinnaś”,“powinieneś”?

 

Daję Ci też znać, że ten tekst będzie miał kontynuację. Niedługo podzielę się z Tobą techniką, która pomaga mi radzić sobie z przeklętym “powinnaś” :)

 

 

 

 

Koniecznie przeczytaj jeszcze:

 

 

 

 

 

uśmiech dziewczyna radość festiwal kolorów
28 lutego 2021
Przeklęte "Powinnaś"

Informacje o nowych wpisach i słowo ode mnie