Tak, dokładnie. Ratowałam rybki przed utonięciem. Trzy dni temu zapisałam to zdanie cofając się do wspomnień z dzieciństwa. Myślałam, że prawie nic z niego nie pamiętam, ale jak poświęciłam temu intencję i trochę czasu to jednak udało się coś odgrzebać. I to wspomnienie, to zdanie okazało się mnie dotknąć bardziej niż mogłabym pomyśleć w momencie, gdy je zapisywałam.

 

Aby dodać Wam trochę zaplecza, jestem z rodziny wędkarzy, więc ryby są w niej ważne. W linii męskiej z dziada pradziada wszyscy łowią ryby. W związku z tym większość wakacji byłam nad wodą, albo na mazurach, albo przy jakiejś rzece. Któregoś dnia jak byłam mała i chyba jeszcze nie chodziłam do szkoły byliśmy właśnie na wakacjach, nad jakąś wodą, już nie pamiętam gdzie. Siedziałam z tatą i łowiłam ryby. Jeśli dobrze pamiętam to ja złowiłam też jakieś małe ryby, albo tata mi dał swoje złowione i wsadziliśmy je do siatki foliowej z wodą. Tata poszedł i zostawił mnie na pomoście, a ja pilnowałam rybek. Po jakimś czasie z tej foliowej torebki zaczęła wyciekać woda. Postanowiłam więc wychylić się z końca pomostu żeby dopuścić trochę wody do torebki. Leżałam na pomoście z wysuniętą ręką, wysuwałam ją coraz dalej, aż w końcu musiałam się sama wysunąć, bo nie sięgałam poziomu wody i co się stało? Wpadłam do wody. Nie umiałam pływać, ale byłam na tyle blisko pomostu, że złapałam się jakiejś deski i trzymałam. Jedną ręką pomostu, a w drugiej trzymałam siatkę z rybkami. Prawdopodobnie tata usłyszał plusk wody i przybiegł. Dawał mi instrukcje żebym mu podała rękę żeby mnie wyciągnąć, ale jedyna wolna ręką trzymała rybki. Pamiętam, że już zaczęłam się przytapiać, bo nie mogłam skoordynować ratowania rybek i porządnego trzymania się. W końcu tata wyciągnął mnie.

 

Z tej całej historii szczególnie pamiętam moment walki o rybki w wodzie. Tata wołający, abym je puściła i ja kurczowo trzymająca torebkę foliową, będąc cała zanurzona w wodzie. Nie myślałam w ogóle o tym, że się przytapiam, że to moje życie jest zagrożone, ja ratowałam rybki. Później mój tata się śmiał, że próbowałam uratować rybki przed utonięciem. Z tego swego czasu zrobiła się anegdota rodzinna.

 

Kiedy zapisałam na kartce to wspomnienie było to tylko jedno zdanie: "Ratowałam rybki przed utonięciem". Po zapisaniu go uśmiałam się i rozczuliłam myśląc o małej Kasi, jej zaangażowaniu i dobrym serduszku. Ale co na to dorosła Katarzyna? Czy warto było ratować rybki, które nie potrzebowały ratunku? Czy warto było narażać życie dla kogoś kto tego nawet nie potrzebował?

 

Ta mała Kasia wciąż jest we mnie. Widzę siebie jako opiekunkę, osobę, która potrafi zatroszczyć się o innych, która potrafi wziąć na siebie odpowiedzialność i rozwiązać trudną sytuację. Tylko czy to zawsze jest potrzebne? Czy ja przypadkiem nie ratuję jakiś rybek przed utonięciem? Idea poświęcania się dla innych jest całkiem szczytna, ale jak się z tym zapędzimy za daleko, może okazać się, że wypalamy się na marne. Mało tego, możemy swoje zdrowie psychiczne i fizyczne doprowadzić do wyczerpania.

 

A co jeśli ktoś radzi sobie beze mnie? Co jeśli wcale nie jestem potrzebna? Co jeśli wcale nie muszę się tak poświęcać? Pandemia i choroba, a w związku z tym izolacja sprawiła, że nawet jakbym chciała to nie za bardzo mogę opiekować się czy pomagać innym, więc zniknęłam z życia kilku osób. I co się stało? Gdy po długiej przerwie spotkałam się z nimi okazało się, że poradzili sobie beze mnie, że wcale nie byłam im potrzebna, że wcale nie trzeba było ich ratować, im pomagać. Im było nawet wygodnie korzystać z mojej pomocy, otwartości, ale poradzili sobie świetnie beze mnie. Czyli ja wypalałam swoją energię na darmo.

 

Na pomaganie innym trzeba mieć siłę. Jak nasza własna energia szwankuje, to trzeba najpierw pomóc sobie, a nie innym. I dzisiaj widzę, że nie muszę starać się aż tak bardzo, że nie muszę pomagać aż tak bardzo. Przy niektórych osobach tak się zakręciłam, że sama przyczyniłam się do zbudowania jakiegoś chorego układu, w którym ja dawałam, a ktoś brał, chociaż może i beze mnie by sobie poradził.

 

Może przez chwilę mnie ukuło uczucie, że nie jestem potrzebna, ale później było to niesamowicie uwalniające. Hej, nie muszę się tak starać, hej, mogę zadbać o siebie i swoje potrzeby, inni też dadzą radę - beze mnie. I w moim przypadku to nawet nie chodzi o to, że mogę zadbać o siebie, ja powinnam o siebie zadbać, o swoje potrzeby, a zwłaszcza zdrowie. W historii z rybkami chodziło o to, że ratowałam je zagrażając swojemu życiu, nawet tego nie zauważając. Pomagając innym, poświęcając się dla innych można nie zauważyć, że to nasze życie jest w zagrożeniu, że to może nami trzeba się zaopiekować.

 

Ja wiem i czuję, że muszę się zaopiekować sobą, przynajmniej przez jakiś czas. Przemyśleć też, czy w innych sferach, relacjach nie staram się trochę za bardzo, czy może gdzieś jeszcze opiekuję się rybkami, które ratuję przed utonięciem, chociaż to ja sama tonę. Myślę, że to mi trochę czasu zajmie. To jest jedno z tych olśnień, które przewartościowują życie, przynajmniej dla mnie jest to takie olśnienie, coś co skłoniło mnie do intensywnej refleksji i zrozumienia, że chcę coś zmienić w swoim życiu, ale jednocześnie wiem, że długa droga przede mną.

 

Czy ktoś ma podobnie tak jak ja?  Ratujecie jakieś rybki przed utonięciem? Zostawcie komentarz, miło by było się dowiedzieć, że ktoś też ma tak jak ja:) Razem raźniej :)

 

 

 

 

14 czerwca 2020
Ratowałam rybki przed utonięciem

Informacje o nowych wpisach i słowo ode mnie











© 2016-2020 GłupioMĄDRA