© 2016-2021 GłupioMĄDRA

Dziś obudziłam się sobą, blisko swoich potrzeb. Co oznacza, że obudziłam się z wewnętrznym spokojem, szczęśliwa. To może zaraz Wam wydać się nielogiczne, bo równolegle przeżywam coś bardzo trudnego, ale zacznijmy od początku. Od kilku tygodni czuję się jak bardzo ciężki worek ziemniaków, któremu jest najlepiej w ciemnej piwnicy. I choć wydaje mi się, że jeszcze chwilę temu byłam w trybie działania, chciałam zawierać nowe znajomości, to bez uprzedzenia stałam się workiem kartofli i nic nie mogę, a co najważniejsze nic nie chcę na to poradzić. I dopiero wczoraj na terapii zrozumiałam dlaczego. Nie wiem czemu te słowa wydobyły się z moich ust, bo wcześniej świadomie o tym nie myślałam, ale jednak te słowa padły: ”Jestem w żałobie.” I choć fizycznie nikt nie umarł, to kilka osób zmarło w moim sercu. Jedna osoba, która była w nim całe życie, inna która była ze mną połowę mojego życia. Jeszcze dwie, które też odgrywały dużą rolę. I choć te osoby chodzą po ziemi, to nie istnieją już w moim życiu. Nie będę z nimi utrzymywać kontaktu. Mówią, że rozstanie jest jak śmierć bliskiej osoby i ja się z tym zgadzam. Ktoś był, a teraz go nie ma. A u mnie nie umarła jedna osoba, a kilka w tym samym czasie. Ktoś z Tobą rozmawiał kilka razy w tygodniu, jeździł na wspólne wakacje. Z kimś tworzyło się plany, przyszłość. A nagle nie ma ich ani w teraźniejszości, ani w przyszłości. Osoby, które usunęłam z życia a także jedna, która usunęła mnie, wciąż są na zdjęciach w starych albumach. Wciąż istnieją w przeszłości i we wspomnieniach. Parę dni temu natrafiłam na album ze zdjęciami na komputerze i bez większej refleksji kliknęłam w niego i zaczęłam przeglądać stare zdjęcia z wyjazdów. I trafiłam. Trafiłam na tych zmarłych, którzy nie umarli. Zakuło mnie w sercu. Ból był tak straszny, że nie byłam w stanie patrzeć na zdjęcia.

 

Jestem w żałobie. Jak wypowiedziałam te słowa na głos to wszystko stało się jasne. To, że od kilku tygodni jak tylko zamykam klapę laptopa w pracy (praca zdalna), to kładę się do łóżka, albo po prostu leżę, albo bezmyślnie oglądam seriale. Pomijając z trzy sporadyczne wyjścia i wyjazd na żagle, na który wcale nie miałam siły, jak się okazało, bo zaraz po powrocie się rozchorowałam, to siedzę a raczej leżę w domu. W ostatnich tygodniach zamawiałam jedzenie, bo nie miałam sił ani ochoty pójść do sklepu, a co dopiero coś ugotować. 

 

Mijające tygodnie nazywałam apatią, wiele rzeczy wydawało mi się bez sensu. To był dziwny stan, bo nie płakałam, ale dość sporo się miotałam i złościłam lub byłam po prostu bezwymiarowa, bezuczuciowa. A od wczoraj wszystko stało się jasne. Po prostu przeżywam żałobę, a każdy przeżywa ją na swój sposób. 

 

Przypomniało mi się jak byłam nastolatką i zmarła moja babcia. Po tym jak mama mi powiedziała nie uroniłam ani jednej łzy. Pamiętam jak mój brat płakał, wręcz szlochał. Jak podczas pogrzebu trząsł się w spazmach. Ja stałam w gronie osób nad trumną na cmentarzu i zastanawiałam się czemu nie płaczę, próbowałam wykrzesać łzy i chyba w końcu udało mi się uronić kilka, ale tylko ze względu na empatyzowanie z bratem na jego cierpienie. To nie były łzy żałoby, żalu za zmarłą osobą. I ten brak ekspresji żałoby trwał wiele tygodni. W szkole chodziłam na wszystkie zajęcia, bo przecież nie mogę się poddać, coś takiego jak śmierć nie może mnie zatrzymać w wykonywaniu obowiązków. Czy uciekałam od żałoby? Może. Czy to było wyparcie? Może. A może właśnie to był mój sposób na żałobę. Pewnego dnia wróciłam ze szkoły, to już było spokojnie z 2 miesiące po śmierci babci. I jak nigdy nic, jak zawsze poszłam do babci do pokoju, opowiedzieć jej co się wydarzyło w szkole. Weszłam do pokoju, pustego pokoju z meblami i nagle do mnie dotarło. Babcia nie żyje. Upadłam na podłogę i zaczęłam płakać. Nie pamiętam jak długo, ale płakałam. I dopiero od tego momentu przeszłam w kierunku zrozumienia, że kogoś nie ma i już nie będzie.

 

I w takim momencie jestem teraz. Dlatego jestem tym workiem kartofli w piwnicy. Dlatego się izoluję. Dlatego nie chcę się bawić w duszę towarzystwa, bo nie mam siły silić się na uśmiech czy urok osobisty. Każdy moment, gdy zmuszam się do uśmiechu, choć w środku wcale się nie cieszę jest jakby z każdym takim uśmiechem umierał jeden puzelek z układanki, z której się składam. Nie chcę pisać, że jestem pusta czy martwa w środku, bo to jest coś innego. To jest taki stan, że żyję, ale jednocześnie nie chcę uczestniczyć w życiu. Przeżywam stratę i najwyraźniej jest to coś złożonego. Nie wiem ile czasu zajmie mi żałoba, ale tak jak napisałam, dziś obudziłam się szczęśliwa, bo wiem co się dzieje, bo wiem czego potrzebuję i nie będę się zmuszać do wybitnej proaktywności, działania, towarzyskości, bo na dzień dzisiejszy kosztuje mnie to za dużo energii. Nie chcę pocieszenia, bo nie da się pocieszyć kogoś komu ktoś zmarł. Chcę przeżyć tę stratę po swojemu i dać sobie czas. Nie chcę by ktoś to przyspieszał czy naprawiał mnie i moje emocje, bo tu nie ma nic do naprawiania. Jest tylko coś do przeżycia.

 

Wiem, że trudno zrozumieć żałobę po osobach, które żyją. Gdyby ktoś fizycznie zmarł wiele osób poklepałoby mnie po ramieniu, złożyło kondolencje, okazało jakiś rodzaj zrozumienia. I tak po prawdzie tylko kondolencje mają tu sens. Tylko, że o żywych można źle mówić, można powiedzieć: "był głupi_a, nie zasługiwał_a na Ciebie, nie masz się czym przejmować". Mam się nie przejmować tym, że kogoś kochałam, z kim wiązałam przyszłość a teraz nie ma tej osoby w moim życiu? Przykro mi, ale nie potrafię. Zgodzę się z tym, że jest to nieintuicyjne i trudne do zrozumienia, dlatego mi samej było trudno się zorientować, że to co teraz przeżywam to żałoba. Ale uwzględniając aspekt psychosomatyczny i to jak często ostatnio choruje, to czas sobie wreszcie pozwolić na stagnację i przeżywanie straty. Daję sobie prawo do żałoby po tych, którzy nie umarli.

 

 

 

 

Koniecznie przeczytaj jeszcze:

 

 

 

 

 

uśmiech dziewczyna radość festiwal kolorów
27 sierpnia 2021
Żałoba po tych, którzy nie umarli 

Informacje o nowych wpisach i słowo ode mnie